Ślub w koronie

Październik to dla mnie czas miłości. To właśnie w tym miesiącu Łukasz parę lat temu zrobił mi po raz pierwszy zdjęcie, choć nie wiedział jeszcze, że to ze mną spędzi życie. Ba, jeszcze przez długi czas, fotografując mnie systematycznie na różnych kulturalnych wydarzeniach, nie miał zielonego pojęcia, kim jestem. Do czasu, aż nasze spojrzenia spotkały się ponad rok później w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. To właśnie tam, na scenie, tuż przed premierą najnowszego spektaklu, powiedziałam mu “tak”, a potem przespałam z tych emocji 2 dni, no bo kto domyśla się zaręczyn w środku tygodnia, dnia i miasta.  Pamiętam, że jeszcze tego samego wieczoru, wpatrując się sobie w oczy wyznaczyliśmy datę ślubu na 3 października dwa lata później. Masa czasu! Co mogło pójść niezgodnie z planem?

Absolutnie wszystko.

Etap przygotowań

Salę zarezerwowaliśmy kilka dni później. Cegła, drewno i las wokół. Znaleźliśmy wymarzonego fotografa, kamerzystę, DJ’a. Wpłaciłam zadatek w salonie sukien ślubnych,  lista gości weselnych ciągle rosła, oscylując w granicach 80-90 osób. A potem przyszedł marzec i trochę namieszał. Zapadła decyzja, przekładamy ślub o rok. Czekaliśmy już niemalże dwa lata, więc uznaliśmy, że trzy też poczekamy.

Znaleźliśmy dogodny dla wszystkich termin – 16 października 2021. Ale w mediach wciąż wrzało, zaczęły pojawiać się opinie ekspertów mówiące, że sytuacja szybko się nie zmieni.  Znowu byliśmy skołowani. A że w życiu prywatnym też nam się trochę namieszało, to decyzja nie była trudna i pod koniec sierpnia zdecydowaliśmy, że pobieramy się jeszcze w tym roku. Choćby się waliło i paliło. Znowu kilka telefonów i trzecia już data ślubu – 24 października 2020. W międzyczasie zdążyliśmy zmienić salę i fotografa (kwestia terminu). Z niecierpliwością słuchaliśmy wszystkich kolejnych wystąpień premiera.

Wydawało się, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Do czasu feralnego popołudnia 15 października i zakazu wesel. O kościołach nie było wiadomo nic. Czy znowu powtórzy się sytuacja z wiosny i nie będzie mogło być przy nas nawet rodziców, rodzeństwa, dziadków? Tak bardzo nam na tym zależało. Do ślubu pozostawało 1,5 tygodnia, a my nie wiedzieliśmy nic. Pamiętam jak pełna obaw, po nieprzespanej z nerwów poprzedniej nocy, usiadłam zrezygnowana przy stole, spojrzałam na Łukasza i powiedziałam, że jedyną szansą jest zorganizowanie wszystkiego pojutrze. W weekend ostatniej szansy. Tak też zrobiliśmy, pobraliśmy się dwa dni później.

Czas działania

Dlaczego opowiadam tutaj o naszej historii? Bo wiem, że są wśród moich odbiorców przyszłe panny młode, które boją się o to, co też przyniesie przyszły rok. Bo część z Was zmieniła datę ślubu już tego roku na następny w nadziei, że będzie lepiej, że to wszystko przeminie. Też mam taką nadzieję, bo ten rok dał mi w kość pod wszystkimi możliwymi względami. I w kolejnym po prostu musi być lepiej. Trzeba w to wierzyć.

Co nas czeka? Nie wiem. Wiem natomiast, że z każdej sytuacji jest wyjście i nawet jeśli wszystko idzie niezgodnie z planem – może być pięknie i wyjątkowo. Niezależnie od tego, czy zdecydujecie się na sam ślub i tuż po nim zaszyjecie się gdzieś tylko we dwoje, przygotujecie w domu rodzinnym obiad dla najbliższych lub jeśli obostrzenia pozwolą i sytuacja będzie stabilna – zrobicie małe przyjęcie lub wielkie wesele, o jakim marzyliście.

Jak to wyglądało u nas?

Przeorganizowanie wszystkiego w niecałe 48 godzin łatwe nie było, ale co najistotniejsze – nie było niemożliwe. Łukasz śmiał się ze mnie, że przypomniała mi się kariera event managerki, bo wpadłam w taki szał ogarniania wszystkiego, że nie mogło się nie udać. W czasie, w którym moja mama biegła na plebanię poprosić księdza o przesunięcie terminu, ja wisiałam na telefonie z siostrą pracującą w hotelu, w którym finalnie przygotowaliśmy przyjęcie, a Łukasz obdzwaniał wszystkich innych usługodawców. Jak już wiedzieliśmy, że ksiądz się zgodził i Biały Dwór też zrobi, co w ich mocy, zaczęliśmy obdzwaniać gości. Nie było ich wielu, bo już dawno ze względów bezpieczeństwa okroiliśmy listę do garstki najbliższych nam osób. Nie każdy mógł uczestniczyć w tym szaleństwie, ale o dziwo, większość potwierdziła nam obecność już podczas tej samej rozmowy.

Śmieję się dziś, że mieliśmy w tym wszystkim więcej szczęścia niż rozumu, bo między innymi suknię ślubną odbierałam z salonu dzień przed, winietki jechały do nas ekspresowym kurierem z Poznania, a za tort  jechał zapłacić mój przyjaciel, bo my już totalnie nie mieliśmy czasu.

Nie wszystko jednak mogę przypisać szczęściu, a jeśli już, to raczej szczęściu do ludzi. Mimo że wszystko poszło totalnie inaczej niż to sobie wyobrażaliśmy, to właśnie oni sprawili, że mogliśmy cieszyć się tym dniem, sobą i początkiem wspólnej życiowej drogi, na dobre i na złe.

Akcja organizacja

Wszystkie zabiegi kosmetyczne miałam umówione na kolejny tydzień i nie było szans, że jeszcze na cokolwiek zdążę umówić się w tak krótkim czasie. Na szczęście w piątek wieczorem były już u mnie przyjaciółki, które zrobiły mnie na bóstwo. Dom udekorowała moja mama i jej przyjaciółka. Mama Łukasza upiekła dodatkowo kilka ciast i zajęła się przygotowaniem specjałów na wiejski stół. Biżuterię kupiłam rano w sklepie na wsi, hahaha. O dziwo mieli delikatne srebro! Bo moje ręcznie robione specjalnie na tę okazję kolczyki dotarły w poniedziałek… Już po ślubie 🙂 Swoje przysięgi, które odczytaliśmy podczas first looka w ogródku moich rodziców, spisywaliśmy rano, pełni emocji, może dlatego aż tak nas poruszyły.

Pani, która robiła bukiety i wianki nie miała już czasu udekorować dla nas kościoła, ale tym zajęła się koleżanka z pracy mojej siostry – zrobiła symboliczną dekorację z tiulu, białych róż i świec. Do ślubu świadek zawiózł nas swoim oczkiem w głowie, które swoją drogą liczy tyle samo lat, co mój Mąż :D. Żeby było jeszcze więcej zamieszania, czarnego rumaka udekorowała żona Grzesia ze swoją przyjaciółką, w czasie gdy inna odbierała nasze winietki. To wspaniałe, że pomogło nam mnóstwo osób, które nawet nas nie znają! Grzesiu przywiózł też specjalnie dla nas klęcznik ze swojej parafii, bo byliśmy drugą parą, która ślubowała sobie podczas tej samej mszy. Na szczęście Martynie i Markowi, znanym jako Tales of the Woods DUO, udało się dotrzeć i do ołtarza szliśmy już spokojni i szczęśliwi w rytm Arii na strunie G.

Dekorację sali przejęła moja siostra i jednocześnie świadkowa – zrobiła ją z kwiatów, które kwitły jeszcze w jej ogrodzie (i zostały zasadzone w zeszłym roku specjalnie na nasze wesele!), ogrodach rodziców i… sąsiadki, Pani Wandy, do której kiedyś pójdę na korepetycje z rozmnażania roślin, bo to co ona robi z kwiatami, to jakieś absolutne mistrzostwo świata. Resztę Monika uzupełniła wszystkimi możliwymi chwastami, jakie tylko znalazła w lesie i na łące (nie zabrakło oczywiście wrotyczu i paproci) oraz orzechami, których nazbierała wcześniej u babci jej 4-letnia córeczka <3.

Czy dziś z perspektywy czasu coś bym zmieniła? Chciałabym jedynie, żeby mogli być z nami wszyscy ci, których chcieliśmy mieć przy sobie tego dnia od początku. A poza tym? Absolutnie nic.

Mimo tego, że nie było tak, jak planowaliśmy – było idealnie i wzruszam się na samą myśl, że dziś piszę ten tekst jako żona najwspanialszego człowieka na świecie. Być może nie wszyscy z Was wiedzą, ale to dzięki niemu miałam odwagę znowu chwycić za aparat i pod jego okiem rozwinąć skrzydła – jako twórczyni, fotografka i co najważniejsze – kobieta. To nic, że nie mieliśmy wielkiego wesela, podróży poślubnej na Islandii, którą tak sobie wymarzyliśmy, ani pleneru w górach. Mieliśmy siebie, najbliższych wokół i to było w tym wszystkim najpiękniejsze.

Jeśli zatem boicie się tych dziwnych czasów i tego, że coś może pójść nie tak, to nie powiem Wam, że nic takiego się nie wydarzy. Owszem, może stać się wszystko, grunt, żebyście mieli z kim to naprawiać. A wtedy, podobnie jak u nas, wszystko będzie jak trzeba, jakby tak właśnie miało być od samego początku.

 

 

fot. Jakub Nowotyński

Secured By miniOrange