Tysiąc dobrych dróg

Głowa. Pełna przemyśleń, wizji i obaw. Rozwiane włosy. Oczy. Lekko przymknięte, jakby wiecznie czegoś szukały. Zadarty nos, choć tylko wizualnie. Usta będące w nieustannych ruchu, napędzane przez mowę i śmiech. Sylwetka zwyczajna. No i dłonie. Zakończone kościstymi palcami, które wiecznie chcą coś czuć, poznawać, dotykać, tworzyć. Ewelina. Rysowniczka, animatorka, kulturoznawczyni, pedagożka. Kobieta, którą poznałam niecałe trzy lata temu, gdy razem przekroczyłyśmy próg toruńskiego Collegium Maius. O tym, ile ten wydział, studia, zmieniły w naszym życiu, mogłybyśmy napisać książkę, ale o tym innym razem. Dziś o artystce, która pewnego dnia powiedziała w pracy, że źle się czuje i już nigdy do niej nie wróciła.

Własna ścieżka

Wchodzę do mieszkania. Wita mnie herbatą i jeszcze ciepłymi ciasteczkami owsianymi. Siadamy przy stole w salonie. Dołączają do nas jej narzeczony i przyjaciółka. Pijemy, jemy, rozmawiamy. O tym, co nas wkurza w polityce, jakie mamy plany na przyszłość, co ostatnio czytaliśmy lub oglądaliśmy. Z czasem inni wracają do swoich codziennych zajęć, a my zostajemy przy tym stole, który zaraz niemalże całkowicie zniknie pod powierzchnią jej prac.

 – Rysujesz od dziecka? – pytam, patrząc na coraz bardziej abstrakcyjne linie i kształty. Zwykle takie historie poprzedzone są opowieściami o godzinach spędzonych na zajęciach z rysunku w dzieciństwie, dźwiganiu teczek i rękach wiecznie brudnych od ołówków, tuszu i farb. Ale nie tym razem. Ewelina rysować zaczęła w liceum i ma te prace do dziś.  Wyciąga je z szafy, przeglądamy każdą po kolei, a ona dotyka ich, jakby chciała przypomnieć sobie proces ich tworzenia.

Jest w nich coś wyjątkowego i choć długo nie potrafiłam tego nazwać, to teraz już wiem, że to chyba po prostu twórcza wolność. Zanim jednak Ewelina totalnie ją poczuła i zajęła się tym, co kocha zawodowo, minęło wiele lat.

Wyjść i zacząć od nowa

Swoje licealne początki traktowała raczej jako bazgroły. Sposób rozładowania emocji, zwalczenia nudy. Potem wiadomo, przyszło dorosłe życie. Wyprowadzka z rodzinnego Torunia do Warszawy, by kolejny raz zacząć studia pedagogiczne. Z kilkuletnim poślizgiem, ale zdobyła dyplom. Nie było łatwo. Od początku wiele czasu poświęcała na pracę i… miłość, która była głównym powodem zmiany miejsca zamieszkania. Na kilka lat porzuciła rysowanie, by wróciło do niej nagle, podczas spędzania wielu godzin dziennie na korporacyjnej recepcji. I choć później awansowała na inne stanowisko, to nie znaczyło to wcale, że żyło jej się lepiej. Dziś już wie, że logistyk z niej żaden, a złe samopoczucie to nie norma. Wtedy jedynym co wiedziała było to, że nie da rady dłużej tak funkcjonować. To wtedy pierwszy raz zatrzasnęła za sobą drzwi do życia, którego wcale prowadzić nie chciała. 

Jak wyglądałyby jej prace, gdyby wtedy w liceum, gdy zaczynała tworzyć wybrała artystyczne studia? Czy odnalazłaby się na nich? Co by jej dały, a co zabrały? Nie wiem. Wiem, że byłyby zupełnie inne. A wtedy, w tamtym mrocznym momencie, rysowanie było czymś, co ją uratowało. Pozwoliło oczyścić głowę, przelać na papier emocje, które piętrzyły się w niej od dawna. Zajrzeć do wnętrza i poznać siebie. Zmierzyć się ze swoimi lękami, słabościami, potrzebami.

 – Arteterapia, terapia przez sztukę, no, jest coś takiego – przytakuję i kiwam głową w zamyśleniu.

– Ja to wolę nazywać rozwojem  – dopowiada Ewelina i wspólnie zaczynamy zastanawiać się nad tym, jak w naszym społeczeństwie postrzegane jest słowo terapia, a jak rozwój, mimo że oba prowadzą do tego samego. Uczą nas radzenia sobie z emocjami, trudnymi chwilami, rozładowywania napięć, szukania rozwiązań.

Nowe-stare początki

A skoro już przy rozwiązaniach jesteśmy, to w tamtym momencie Ewelina widziała jedno – domknąć wszystkie warszawskie sprawy i wrócić do Torunia. Wynajęła z przyjaciółką mieszkanie, znalazła pracę w sieciówce,  poznała wspaniałego człowieka, który dziś jest jej narzeczonym, zapisała się na studia. Pierwszy semestr zleciał zanim się obejrzała. Wciąż lawirowała między zmianami w H&M, wykładami a domem. Do czasu, gdy rozpoczęliśmy zajęcia z organizacji wydarzeń kulturalnych, podczas których wpadły z Sarą (zafascynowaną zielarstwem) i Martyną (grającą na altówce) na projekt o nazwie Wewnętrzna Bogini.

Nie poprzestały na pomyśle.

Uzyskały dofinansowanie i przeprowadziły cykl spotkań z pogranicza sztuk wizualnych, muzyki i ludowych tradycji. Pokazały, że kobiecość czerpie garściami z Matki Ziemi. Jest mistyczna, naturalna, dzika, święta. To wtedy jej prace pierwszy raz znalazły się na wystawie. To wtedy rozwinęła skrzydła. Wtedy też dopuściła do głosu swoją wielką wrażliwość, która stała się jej siłą.

Pierwszy projekt rozbudził apetyt na więcej. Szybko pojawiły się kolejne, takie jak Ja, torunianka, Elementarz Małego Słowianina czy Etnospiżarnia ziemi dobrzyńskiej, w którą zaangażowały wraz z Sarą też mnie (i dziś, gdy piszę ten tekst, robimy razem kolejny wspaniały projekt). Zaczęła realizować tyle różnych pomysłów, że postanowiła założyć z przyjaciółmi stowarzyszenie. Rysowała coraz więcej. Zaczęła prowadzić zajęcia dla dzieci i dorosłych. Dla tych pierwszych pobudzające wyobraźnię bazgrołaki, a dla drugich wyzwalające malowanie intuicyjne. Zamówień na obrazy przybywało, a ona realizowała każde kolejne z konkretną intencją.

A gdy zapragnęła twórczo się rozwijać, poznała Patrycję, pod której okiem szkoli się w Pracowni 22. I być może niedługo w jednej z toruńskich kawiarni zawisną jej prace, a Wy będziecie mogli interpretować ich znaczenie delektując się najlepszą kawą w mieście.

Tysiąc dobrych dróg

Często słyszę głosy ludzi, którzy mówią, że mogli w życiu wybrać inaczej. Iść na inne studia albo nie iść na nie wcale. Zdobyć doświadczenie w innej branży, miejscu. Więcej pracować. Słuchać lub nie słuchać rodziców. Przyjąć jakąś ofertę pracy lub ją odrzucić. Pogodzić się z tym, że TERAZ, niezależnie w jakim momencie życia ono następuje, to na zmiany jest już za późno.

Nigdy nie jest. Pytanie tylko, czy ma się w tym momencie życia siłę i odwagę, by zajrzeć do swego wnętrza, pogrzebać w nim, a potem znaleźć nową drogę, zupełnie inną niż wszystkie dotąd znane. Obraną na podstawie lat doświadczeń i wiedzy o sobie samych. Jedną z tysiąca dobrych, niezależnie od tego, jak kręta by nie była.

Ewelina, choć wiem, że boisz się tego słowa, dla mnie i zapewne dla wielu czytających ten tekst, jesteś wspaniałą artystką, która przebrnęła niesamowitą drogę, na której końcu stoi wrażliwa, spełniona i szczęśliwa kobieta.

 

/

Jeśli chcielibyście zapisać się malowanie intuicyjne z Eweliną, zamówić u niej obraz lub po prostu zobaczyć, jakie cuda tworzy, znajdziecie ją na Facebooku i Instagramie jako Wolskart.

Secured By miniOrange