Wysoka wrażliwość – pomaga czy szkodzi?

Gdy piszę ten tekst jestem już po krótkim, porannym spacerze w lesie, prysznicu, śniadaniu i kilku odhaczonych zadaniach. Siedzę przy biurku w naszym toruńskim mieszkaniu, popijam zieloną herbatę i wdycham woń świeczki o tym samym zapachu. Czerwiec w tym roku bardziej przypomina jesień, dzień jest ciemny, a ja czuję się zmęczona. Już od paru dni snuję się po pokoju i nie wiem, co ze sobą zrobić.

Ostatnio wiele spraw mnie stresowało. Trzeba było podjąć kilka ważnych życiowych decyzji, które emocjonalnie mnie wypruły. Z perspektywy lat nauczyłam się z takimi momentami całkiem nieźle sobie radzić. Wybieram się na wycieczkę rowerową, żeby to wszystko jakoś rozładować lub zawijam się w koc i leżę póki nie minie. Niczego nie przyspieszam, nie ponaglam. Daję sobie czas, trawię, przeżywam. Tylko co jeśli tego czasu na przeżywanie nie mamy?

Rozmawiałam ostatnio ze znajomą o tym, że dziś jako społeczeństwo żyjemy od zadania do zadania. Mamy zaplanowaną każdą godzinę, minutę, od świtu do nocy coś robimy. Cokolwiek. Pracujemy, gotujemy, sprzątamy, chodzimy do kina, na spotkania. Jeśli biegamy, to tylko słuchając przy tym podcastów lub audiobooków, by wycisnąć z doby jak najwięcej. Oglądając serial, chwytamy co chwilę za telefon. Nasze myśli ciągle na czymś się skupiają, ale rzadko kiedy są to własne emocje i uczucia.

Gdzie w tym wszystkim miejsce na wrażliwość?

Zwyczajnie go nie ma. Kiedy mamy porozmawiać ze sobą, skoro ciągle od świata odbieramy mnóstwo bodźców, które przekrzykują się o naszą uwagę? Nasze ja ginie w gąszczu tych wszystkich informacji, newsów, zdjęć znajomych, śmiesznych memów i kotków. To, że nie dopuszczamy do głosu swoich emocji, nie oznacza jednak, że one prędzej czy później nie dadzą o sobie znać. Dadzą. Pytanie tylko z jaką mocą rażenia.

Wysoka wrażliwość a praca

Mam taką jedną przyjaciółkę z dzieciństwa, która co jakiś rzuca przez telefon, gdy rozmawiamy: ja ci mówiłam, że ty to powinnaś zostać malarką. Inna z kolei widziała we mnie potencjał pisarski. Ja sama chciałam zostać reżyserką. Jak to się stało, że znalazłam się w świecie wielkich pieniędzy i biznesu, tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. Wiem natomiast i Ty już pewnie też, że to nie był mój świat. I można by powiedzieć, że zawiniła tu nadwrażliwość albo jeszcze lepiej – przewrażliwienie. Dziś wiem jednak, że nadwrażliwy to można mieć aparat słuchowy na dźwięki, a nie duszę. Granica między wrażliwością a byciem przewrażliwionym nie znajdziesz, bo jej po prostu nie ma. Wszyscy jesteśmy inni i to własnie różnorodność buduje nasz świat. Jedni odczuwają mniej, inni więcej. Silniej reagują na bodźce, potrzebują więcej czasu na bycie sam na sam ze sobą.

Pamiętam, że gdy na drugim roku studiów dostałam swoją pierwszą poważną pracę, która wiązała się z siedzeniem w biurze od 8.00 do 16.00  lub jeżdżeniem po całej Polsce, to niemalże po każdym takim dniu spędzonym z tabunem ludźmi, musiałam ten czas odchorować w sypialni. Leżałam plackiem i modliłam się, by kolejnego dnia działo się mniej. Co było dość dziwne, bo wydawało mi się, że to właśnie chaos i stres mnie napędzały. Zawsze znajdowałam rozwiązanie, sposób, byśmy wszyscy wyszli z jakiejś sytuacji cało. Trzeba było się spiąć i dokonać niemożliwego? Dawałam radę. Wziąć na klatę odpowiedzialność i złość klienta, gdy coś poszło nie tak? Robiłam co trzeba. A potem znowu wracałam do domu, zawijałam się w koc i miałam nadzieję, że była to ostatnia aż tak stresująca sytuacja. Ale po niej, jak się łatwo domyślić, przychodziły kolejne, a dla mnie powierzchnia mieszkania ograniczyła się do sypialni, łóżka, koca i Łukasza, który był wtedy dodatkową warstwą otulającą – na poziomie fizycznym i duchowym.

Jak widzisz, przesłanki mówiące, że to nie dla mnie były od początku. Ja jednak brnęłam w to dalej. Zdobywałam coraz większych klientów, pensja rosła szybciej niż przyrost zachorowań na sama-wiesz-co, nastrój się pogarszał, a ja radośnie mknęłam w przepaść. Bo przecież sobie radziłam. Byłam w tym dobra. Kosmicznie dobrze zarabiałam. Jedni mnie doceniali i klepali po plecach, drudzy zazdrościli. Trzeci z kolei mieli gdzieś to, co robię, czym się zajmuję i ile zarabiam. Tych rzecz jasna było najwięcej. I może ich opinią należało się wtedy kierować. Utwierdziliby mnie w przekonaniu, że beze mnie świat się przecież nie zawali.

Wiesz dlaczego Ci o tym mówię? Żebyś dostrzegła, że nawet jeśli jesteś w czymś dobra, inni doceniają to, co robisz, osiągasz super wyniki i ogólnie nikt złego słowa na Ciebie nie powie, to nie znaczy jeszcze, że to praca dla Ciebie. Szczyt marzeń. Bo to nie oczekiwania innych powinny być dla Ciebie istotne, tylko Twoje własne. Zastanawiasz się czasem, czego oczekujesz od pracy? Czy ona aby na pewno jest dla Ciebie? Nie mówię tu o takich podstawach jak godne wynagrodzenie, umowa o pracę i płatny urlop, choć i to wielu pracodawców uważa za zbyt wysokie wymagania. Bardziej chodzi mi o to, czy się zanadto nie poświęcasz, nie spalasz na czymś, co nie wnosi do Twojego życia większej wartości. Nie jest zgodne z Twoim charakterem, osobowością. Stoi w opozycji do Twojej wysokiej wrażliwości, która (CHOLERA, NIECH TO W KOŃCU WYBRZMI), nie jest niczym złym.

Przeciwnie. W tym pokręconym, dziwnym świecie, właśnie wrażliwych ludzi nam potrzeba. Mnie, Ciebie i wszystkich tych, którzy czują bardziej, widzą więcej, oddychają głębiej.

Wysoka wrażliwość w życiu codziennym

Bo choć w pracy, szczególnie tej stresującej, wysoka wrażliwość może się okazać utrapieniem, w życiu codziennym, jeśli damy sobie wystarczająco dużo przestrzeni, czasu, może być mocą, siłą. Ja gdy tylko zaczęłam bardziej skupiać się na tym, co mi daje przyjemność, radość, odkryłam, że wcale nie są to spektakularne sukcesy zawodowe, tylko życie prywatne, na które w końcu znalazłam czas. Gdybym miała teraz przywołać najszczęśliwsze momenty ostatnich lat byłoby to rzucenie pracy, leżenie na środku spokojnej tafli jeziora o zachodzie słońca, widok morza otulającego góry w Czarnogórze, zanurzenie stóp w lodowatym potoku po powrocie ze szlaku w Bieszczadach i moment najbardziej wyjątkowy, czyli zaręczyny, które wydarzyły się nagle, w południe, w środku tygodnia i zostały przez Łukasza zaplanowane tak, że totalnie zwaliły mnie z nóg. I to dosłownie, bo niemalże cały dzień po nich przespałam.

Nie poczułabym jednak tych wszystkich emocji, gdybym nie znalazła w sobie na nie miejsca. Nie poukładała myśli, nie zastanowiła się, czego od życia chcę. Musiałam porzucić wszystkie plany, wyrwać się z dobrze znanych schematów, zrobić w swojej głowie miejsce na wyobraźnię i wysoką wrażliwość, dzięki której dziś mam ochotę czerpać z życia jak najwięcej.

Jak najwięcej najdrobniejszych doświadczeń.

W końcu to właśnie z nich składa się życie.

Secured By miniOrange